Qinghai Dziki Wschód

Qinghai Dziki Wschód

Wszystko o mojej matce i psach mordercach

Psy cię rozszarpią! Chińskie psy pasterskie mogą zjeść człowieka!- Dobrze mamo! Od 20 minut usiłowałam się uwolnić od matki w postaci naszego kierowcy, używając wszystkich ładnych słów w sensie “odp*** się”. W końcu skapitulował.
Wcześniej zagrodził mi drogę do rzeki, bo to on musi znaleźć najlepszy punkt do jej przekroczenia. Prawdziwy chiński mężczyzna- przewodnik życiowy!
Wreszcie wolność! Wbiegłam na łąkę goniąc włochate jaki. Nie mogłam złapać tchu. To jedyny objaw przebywania na dużej wysokościowej jaki poczułam. Miałam szczęście, gdyż moja kompanka Tadzien była już od dawna opuchnięta i sina na twarzy, więc wieczór spędziła w łóżku.

W moją stronę wyszedł jeden jak. Był to obserwator strażnik stada. Widziałam go już wcześniej w ciągu dnia nad rzeką. Przyszedł, obczaił, stwierdził,że nic groźnego i odszedł na posterunek. Z dzikim stadem bym tego nie próbowała, ale na pastwisku lajt. Nic nie szczekało, ale matka mnie tak nastraszyła, że się bałam zbliżyć. Teraz żałuje, jak zwykle, kiedy czegoś nie zrobię, a mogłam zrobić:)

Inny świat

Przed jutrzejszym gwoździem programu, czyli słonym jeziorem Chaka zatrzymaliśmy się w miejscowości, z gatunku zapomniałam gdzie to było. Przypominała ona scenografię filmu’ Tamten świat samobójców”, miejsce gorsze od rzeczywistości o jakieś parę stopni. Wszytko było szare i nijakie, biedne i bez sensu, oderwane czarne nogi, resztki ciała jaków poniewierały się przy zagrodzie. Góry były brzydkie, łyse, nieporośnięte, daleko w tle majaczyły ośnieżone szczyty. Ta miejscowość podobnie jak inne tego typu w Chinach nabierała kolorów wieczorem, kiedy zapaliły się neony, a buchające parą piece zostały wystawione przed restauracje. Na bezpłciowej do tej pory ulicy zrobiło się jakby tłoczniej. Każdy kogo mijałam czuł się w obowiązku wykrzyczeć radosne: Hello! I jak tu nie lubić tych Chin?

Tadzien nie znała angielskiego, a ja chińskiego. Całą podróż przegadałyśmy… na translatorze. Dzięki postępowi technicznemu podróż po Chinach jeszcze nigdy niebyła taka prosta! Teraz nie dogadać się można tylko z Tybetańczykami i Ujgórami używającymi swoich języków. Za to ich serca są otwarte.
Jazda przez Płaskowyż Tybetański w Qinghai jest dość monotonna, w migających za oknem klatach filmu mojej podroży przeważa zgniłozielona tundra, raz z oddali raz z bliska widać wyższe lub niższe góry i pagórki. Czasem trafiają się namioty mieszkalne, czasem niskie domy o płaskich dachach, jakieś sześcienne malutkie budynki ulepione z błota. Największą atrakcją są futrzaste trawojady. Tu nawet krowy są pokryte barankowatym futerkiem. Aż chce się podejść bliżej, pogłaskać, nacieszyć oko tym milusim stworzeniem.
Najbardziej imponujące są stada jaków, baranów o czarnych głowach i włochatych kóz. Jadąc mija się tego dużo, ale jednak nigdy się nie nudzi. Czasami zwierzęta szlajają się po poboczu, a nawet po drodze, trzeba być uważnym, jeśli ,się nie chce naleśnika z barana na masce..

W tym pustym i surowym regionie wypchane psy pilnujące stoisk z szalami, z kocimi i psimi futrami nikogo nie dziwią. podobnie jak bogato zdobione pseudozłoceniami i pseudoklejnotami baranie czaszki. Natura im dużo nie dała, więc nie wybrzydzają. Kiedy kupowałam szal, zagadała do mnie sympatyczna Chinka, która akurat przyszła wymienić futrzaną kurtkę dla swojego dziecka. Ze zgrozą zauważyłam, że ten ubiór był z kociego futra.

Wieczorem, kiedy zapaliły się neony i paskudna szara wiocha zmieniła się za ich sprawą w urocze miasteczko na ulice przed gastrobarami i restauracjami zostały wystawione piece z rozżarzonymi węglami cos na kształt grilla. Z pobliskich pastwisk barany, jaki i kozy zostały już w większości spędzone, część jeszcze włóczyła się przy drodze.

Wcześniej odwiedziliśmy małe miasteczko. Szłam z Tadzien jedną główną ulicą, przy której stały niskie budynki, świątynia, stragany z pamiątkami. Uroda tego miejsca jeszcze błyszczała, choć jego twarz była pokryta kurzem i przeorana głębokimi zmarszczkami. Na bocznych uliczkach leżały sterty gruzu, pamiętające trzęsienie ziemi. Wzięłyśmy po słodkim kefirze z jednego straganu. – Nie oczekuj, że to będzie dobre- rozwiała moje nadzieje na przyzwoite śniadanie. Tak często słyszałam, przy poszukiwaniu jakiegokolwiek śniadania od wszystkich którzy mi w Chinach dotrzymywali towarzystwa z rana. Nie oczekuj zbyt wiele smaku. Nigdy się nie mylili. Całe szczęście, że kolacje są chociaż dobre.

Największe rozczarowanie

Największe jezioro Chin nazwane lokalnie Koku-Nor było dla mnie wielkim rozczarowaniem. Tak odmiennym od polskiej jeziorowej swobody, miłego piwnego folkloru, wędkarzy, żaglówek czy innych przyjemności z jakimi powinien kojarzyć się pobyt nad wodą. Fakt, że kiedy go zwiedzałam w czerwcu było dość chłodno.
Wjechać można tylko przez ogrodzenie które ciągnie się dość daleko od jeziora, co już mu ujmuje uroku na wstępie.
Najpopularniejszy spot był wypełniony końmi i jakami, które są mocowane za pomocą kolczyka w nosie do słupka, tak żeby się nawet na centymetr nie mogły ruszyć bez bolesnego szarpnięcia za nozdrza. Wszystko po to, aby chińscy turyści mogli bez przeszkód zasiąść na zwierzęciu i zapozować na tle jeziora. Niestety zdjęcia tych biednych jaków przywiązanych za kolczyk do słupa widziałam nawet na Instagramie National Geographic. Szkoda, że taka wspaniała instytucja się lepiej nie przygląda swoim zdjęciom i ich cenie, jaką płacą na co dzień te zwierzęta.

Wybrzeże jeziora nie ma prawa do wolności czy zabawy. jest tylko pozowanie do zdjęć. Nuda straszna i przyjemność żadna. Jedna część nad jeziorem jest odgrodzona zaraz od drugiej, więc nawet nie można zażyć przechadzki, 50 -100m w jedną stronę co najwyżej.Jak to w Chinach bywa za samo wejście

Droga na Dziki Wschód

Najłatwiejszym sposobem dostania się w te rejony jest zamówienie transportu z innymi wycieczkowiczami, który wozi od miejsca do miejsca. Obcokrajowcom jest bardzo ciężko wypożyczyć samochód na własną rękę w Chinach. Jak zwykle byłam jedyną białą.
W moim aucie nikt nie mówi po angielsku, ale dzięki tłumaczowi na smartfonie nie ma problemu z porozumieniem się. Chińczycy wykazują dużo dobrej woli, i czasem przy tym śmiechu jest co nie miara. Czuje się jednak trochę jak głuchoniema, na piśmie wszystko przychodzi wolniej, choć z drugiej strony trzeba dużo myśleć wcześniej co się chce powiedzieć, więc mniejsze ryzyko palnięcia czegoś głupiego.A w razie czego można udawać, że się nie rozumie.
Podczas obiadu jeden z moich kompanów uczy mnie jak się nazywają pałeczki i herbata. Wczoraj znajoma uczyła mnie liczebników. Chińszczyzna przychodzi więc sama, bez wysiłku.

qinghai chiny

 

Dalej pojechałam do słonego jeziora i klasztoru Taer. Ale to już opowieść na kolejne posty.

Ta’er- z wizytą w klasztorze ze snów

Guide- miasto, którego nie znajdziesz w Internetach

Nie przegap! Słone jezioro w Chinach- Chaka

Xining- przedsionek Dzikiego Wschodu

 

Dodaj komentarz

Close Menu