Jak porzuciłam Europę i przeniosłam się do Azji

Jak porzuciłam Europę i przeniosłam się do Azji

 

Czy macie czasami tak, że nic nie wychodzi z waszych planów, a wszystko sypie się jak autostrada a4? Wszystko zaczęło się w zeszłym roku kiedy dopadła mnie poważna choroba i doszłam do wniosku, że nie ma co dłużej odkładać wymarzonej podróży do Azji!

W tamtych czasach o Azji nie wiedziałam prawie nic, a o Tajlandii miałam tylko jakieś mroczne
przebłyski, że prostytucja, kara śmierci za narkotyki czy coś tam. Wcześniej planowałam wakacje w Wietnamie, bo akurat odkryto tam wspaniałe jaskinie, tam jest malownicza Zatoka Latających Smoków i  małe czarujące miasteczko ze starówką uratowaną przez Polaka, gdzie setki krawcowych tworzy kreacje ready- to- wear i haute couture za grosze. Gdzie w końcu mogłam dać upust pragnieniu projektowania mody. Nazbierałam sobie nawet cały katalog kreacji i szkiców.

Ale tak wyszło, że bye bye zdrowie i bye bye marzenie Wietnam.

Po jakimś czasie doszłam do wniosku, że mam wyjebane i jadę. Podczas researchu w necie dowiedziałam się, że jednak to Tajlandia jest najlepsza na pierwszą samotną podróż. Wujek google nie kłamał. Wcześniej ten kraj kojarzył mi się głównie z dokumentem Seks na świecie i szklaną gablotą, gdzie siedziało z 200 czy 300 tajskich dziewczyn, każda z numerkiem, a szef rekomendował klientowi: Dziś polecam 224.
Kojarzył mi się też z Niebiańską Plażą’. Opowiada o przygodzie życia pewnego backpackersa, który wyruszył na poszukiwanie osady na rajskie wyspie. Osady białych, którzy stworzyli swoje plemię i by bronić swojego terytorium posunęli się do prawdziwej makabry. Jeśli nie znacie to gorąco wam polecam.  Ta powieść prawdziwy majstersztyk, czego niestety nie można powiedzieć o filmie.

Z drugiej strony nie wiem czy polecać wam zaczynanie Azji  od Tajlandii… Po tym jak się ją zobaczy i skosztuje żaden kraj nie będzie równie dobry. A przynajmniej łatwy.
Niespodziewanie łatwe okazały się też Chiny, chociaż na wszystkich blogach czytałam że trudne, nieznośne, nieokrzesane, chamskie, straszne, przerażające, że komuna, że dziki kapitalizm. Potem się zastanawiałam czy aby na pewno byłam w tym samym kraju…

Po zażyciu pierwszej dawki podróżnictwa wpadłam w nałóg. Wcześniej co prawda żyłam kilka dobrych lat na imigracji, ale długi wyjazd bez pracy w tle to zupełnie co innego. Ale sobie plułam w brodę, że nie wpadłam na to wcześniej. Całe moje lata dwudzieste zmarnowane.
Nie powtarzajcie tego błędu. Jak się jest młodym to nie przeszkadza chrapanie w dormitorium, można spać po rowach i będzie dobrze, albo najlepiej w ogóle nie spać tylko imprezować. Niestety, ale mój organizm już nie wyrabia bez spania, ciężko mi się utrzymać wiele godzin na nogach, a co najgorsze siedzieć w autobusie czy samolocie. Dlatego nie warto odkładać podróży na później. Z czasem zachciewa się  komfortu, spania w wygodnej pościeli na wielkim łóżku, frykasów na śniadanie, żywności bezglutenowej, ciszy i spokoju i innych pierdół zbędnych kiedyś.

Na wiosnę kiedy przyroda budzi się do życia, kwiatki wyrastają spod śniegu, a we wszystkich wstępuje chęć zakupów i uprawiania sportów, mi się pogorszył chroniczny ból.  Postanowiłam wydać wszystkie oszczędności, jakie zgromadziłam przez lata na imigracji. Nie uwierzycie jak to poprawia humor, nie wspomnę już o zbawiennym wpływie na organizm całodziennego hasania po naturze i po dżungli miejskiej.
Latem mój level finansowy sięgnął dna, a problemy ze znalezieniem pracy z takim zdrowiem narastały.
Miałam też dosyć Francji, gdzie spędziłam ostatnie lata, chamowatych Francuzów i agresywnych Arabów, którzy się gapią się tak nachalnie jakby mieli na to licencje. Dosyć śmierdzącego paryskiego metra, niebotycznych czynszów za mieszkanie wielkości komórki  albo dojazdów z przedmieść, wiecznych strajków i odwołanych pociągów i lotów. Nie tym razem. Kiedy zbliżały się powoli jesienne chłody, weszłam w praktykowany od dekady z przerwami tryb zimowania w cieplejszych rejonach, spakowałam małą walizkę i ruszyłam w drogę. Tym razem na Wschód.
Teraz do was piszę z niewielkiego mieszkanka na przedmieściach Bangkoku.

Jak wiecie ze wcześniejszych notatek lubię przyjemność prostoty. Dlatego tak mi się podoba Bangkok. Najbardziej w tym mieście lubię wąskie uliczki, tam gdzie zza parkana wychylają się rozłożyste liście bananów i wiszą ich dojrzewające kiście. Lubię śpiew i dziwne odgłosy ptaków, których nazw nie potrafię sobie nawet wyobrazić. Lubię hałas i burdel przestrzenny. Te drewniane domki, a zaraz za nimi szklane wieżowce, i 7-kondygnacyjne centra handlowe, lubiłam dymiące wózki z barecue, na którym
się smażą świeżo wyłowione z kanałów ryby. Lubię to, że w Tajlandii każda potrzeba zostanie szybko zaspokojona, a życie staje się leniwe. Lubię ten wieczny upał unoszący się w powietrzu 24/7. Lubię też poczucie pseudobezpieczeństwa jakie ma się w kraju, którego jeszcze się dobrze nie zna. Teraz jednak już wiem trochę więcej. Dalej to moje ulubione miejsce do życia. Lubiłam je w zeszłym roku i lubię teraz.  Lubię to co właśnie widzę i czuję każdego dnia kiedy idę do domu. Tyle wam powiem moi mili, życie w państwie, gdzie panuje dyktatura nie jest złe.

bangkok

 

 

 

Ten post ma jeden komentarz

  1. Odważna jesteś ???? sama nie wybrałabym sie na taką wyprawę choć chciałabym ????

Dodaj komentarz

Close Menu